Potężna technika. Choć na początku możesz czuć niepokój. Bo jak to? Miałabyś karmić demona? I to własnym ciałem? Jakkolwiek to brzmi, zaufaj. Spotkasz się z różnymi, odrzuconymi częściami ciebie. Zrozumiesz je, oswoisz. Może nawet polubisz…

Nauczono nas, że to, co nam się nie podoba, powinno być zwalczane, eliminowane, usuwane z pola widzenia. Więc walczymy. Ze strachem, złością. Z uzależnieniem, bólem. Ścieramy się, opieramy. Odnosimy zwycięstwo. Chwilowe, nie zawsze satysfakcjonujące. Potem wróg podnosi głowę. Wytaczamy więc większe działa, tracimy coraz więcej energii… Lama Tsultrim Allione, nauczycielka buddyzmu tybetańskiego, proponuje zupełnie inną drogę: zaproś wroga do swojej intymnej przestrzeni. Spójrz mu w oczy. Zapytaj, czego mu potrzeba. I daj mu to. Co się stanie?

Nieświadomy umysł

Pamiętasz mit o Heraklesie (w mitologii rzymskiej – Herkulesie) i jego 12 pracach? Jednym z zadań było pokonanie Hydry – wielogłowego węża wodnego. Herakles wywabił potwora z kryjówki i rozpoczął nierówną walkę. Szybko okazało się, że w miejsce każdej ściętej głowy wyrastały dwie nowe. Bratanek Heraklesa zaczął wypalać miejsca po ucięciu. Pomogło. Tyle że jedna głowa była nieśmiertelna. Trzeba było uciec się do kolejnego fortelu: Herakles przywalił ją głazem. – Uznano to za sukces, zadanie zostało wykonane – mówi Tsultrim Allione podczas swojej wizyty w Warszawie. – Tylko że ta nieśmiertelna głowa wciąż tam leży. Być może któregoś dnia wychynie spod głazu, ktoś go przesunie. I będziemy mieć znowu problem.

Lama Allione przywołuje też historię Maczig Labdron, tybetańskiej joginki z XI wieku. Przekazy opowiadają, że kiedy otrzymywała inicjację od swojego nauczyciela duchowego, uniosła się i zawisła nad ziemią. Tańczyła, mówiła w sanskrycie, po czym przeniknęła ściany świątyni i poszybowała na drzewo rosnące przy stawie. Mieszkał w nim naga – potężny wodny duch. Bardzo zdenerwował się obecnością intruza, zaczął grozić Maczig, ale ta się nie ulękła. Duch zebrał więc armię okolicznych nagów. Odpowiedź Maczig? Zmieniła swoje ciało w ofiarne pożywienie… To sprawiło, że nagowie stracili całkowicie chęć do walki. Mało tego: obiecali Maczig ochronę, a każdemu, kto podąży drogą jej nauk, wsparcie.

– Nie przypadkiem w obu opowieściach występuje potwór wodny – symbol nieświadomego umysłu – tłumaczy lama. – Kiedy mówię o karmieniu demonów, mam na myśli energie mieszkające w naszym wnętrzu. Poznanie swoich demonów to ważny krok. Ale można, jak Maczig, pójść dalej: nakarmić je swoim ciałem. Tym, do czego jesteśmy najbardziej przywiązani.

Zintegrowanie wypartych części siebie

Karmienie demonów ma swoje korzenie w buddyzmie (w starożytnej praktyce czie), ale z metody korzystać może każdy. Zresztą zachodnie szkoły psychologii (poczynając od Junga i jego teorii cienia) wskazują podobny kierunek: chodzi o zintegrowanie wypartych części osobowości. Nie chcemy ich, próbujemy się ich pozbyć, a one napierają. Przejmują nad nami władzę, wysysają naszą energię. – Co by było, gdyby mogła ona nas wspierać? Gdybyśmy nie tracili jej na wewnętrzne konflikty? – pyta lama Allione. – Maczig zrobiła coś, co robi się w sztukach walki – pozwalasz energii przeciwnika przepłynąć przez twoje ciało. Kiedy przy przeciąganiu liny puścisz jeden koniec, walka się kończy. Podobna dynamika ma miejsce w relacji kat–ofiara. W karmieniu demonów wszystko rozgrywa się między częściami nas samych.

Podczas warsztatów dostajemy szczegółowe instrukcje do pracy (patrz: ramka). Po zaproszeniu demona będziemy badać szczegółowo odczucia w ciele. Po to, by ze zlepku wrażeń mogła wyłonić się postać. Z kończynami, twarzą, oczyma – łatwiej będzie nawiązać kontakt. Poczujemy emocje demona. Zadamy mu trzy pytania: „Czego chcesz?”, „Czego naprawdę potrzebujesz?”, „Jak poczujesz się, gdy dostaniesz to, czego potrzebujesz?”. Lama zwraca uwagę na różnicę między pierwszym a drugim pytaniem. – Zwykle demon chce, żeby coś zrobić. Przy uzależnieniu alkoholowym zażąda prawdopodobnie, by się napić. Ale jego prawdziwą potrzebą może się okazać poczucie bezpieczeństwa. Albo odwaga, rozluźnienie, spontaniczność…

Do sedna sprawy docieramy przy trzecim pytaniu. Kiedy wiemy już, jakich uczuć spragniony jest demon, możemy go nimi nakarmić. Rzecz odbywa się symbolicznie, w wizualizacji. Pozwalamy naszemu ciału rozpuścić się w nektar o leczniczych właściwościach. Podczas przyjmowania nektaru demon znika, odchodzi albo zamienia się w inną postać. Sprawdzamy, czy jest ona naszym sprzymierzeńcem, po czym (znów odwołując się do pytań) umawiamy się na współpracę. Wreszcie stapiamy się z jej energią.

Z czym pracować

Być może wyda ci się to dość abstrakcyjne – do pierwszego razu. Potem wszystko stanie się proste, naturalne. Weźmy przykład Kate, przytoczony przez Tsultrim Allione w książce „Nakarmić swoje demony” (wyd. Berckana). Dziewczynie bardzo dokuczał Wewnętrzny Krytyk, nienawidziła samej siebie, miała skłonność do zachowań autodestrukcyjnych. Jej demon okazał się chudym mężczyzną o ciele pokrytym niebieskimi kolcami i żółtych, ostrych zębach. Patrzył na Kate pogardliwie, uważał ją za głupią i beznadziejną. Chciał, żeby cierpiała. Przyznał, że potrzebuje akceptacji. Że pozwoli mu ona rozluźnić się, poczuć się kochanym. Nakarmiony, zamienił się w pięknego konia o łagodnym spojrzeniu. Obiecał dziewczynie, że da jej siłę, zabierze w miejsca, do których wcześniej nie mogła dotrzeć.

Z czym pracować? Ze wszystkim, co nas ogranicza, odbiera energię. W przypadku problemów w relacjach nie należy, oczywiście, traktować drugiej osoby jak demona. Najlepiej zająć się emocjami, jakie wobec niej odczuwamy. Czasem można spotkać się z czymś mniejszym, co pojawia się w danym dniu. Choćby bólem głowy… – W Tybecie tę metodę używano do uzdrawiania. Nie byłam pewna, czy to zadziała na Zachodzie – przyznaje Tsultrim Allione. Potem poleciła tę technikę mężczyźnie choremu na AIDS: zaangażował się w proces samouzdrawiania, miał świetne wyniki. Nagabywany przez lekarza, powiedział, że trochę medytuje. „Cokolwiek pan robi, proszę kontynuować” – padło zalecenie.

Ktoś w grupie boi się, że demon się rozrośnie. Że wygra. – Ta obawa jest zrozumiała, ale to tak nie działa. Demony żyją dzięki walce – to je zasila, trzyma przy życiu. Demon pozbawiony tej energii traci rację bytu – zapewnia lama. Przyznaje jednak, że czasem demony tworzą coś w rodzaju hydry. – Jeśli na przykład ktoś doświadczył nadużyć seksualnych, może mieć trudności w relacjach, cierpieć z powodu depresji, uzależnień, lęków… W przypadku większych demonów prawdopodobnie potrzeba będzie więcej sesji. Za każdym razem demon może też przybierać inną postać.

Możliwość pojednania ze sobą

Tsultrim Allione przeprowadza nas, krok po kroku, przez pierwsze spotkanie z demonem. Pracujemy w skupieniu, z szacunkiem dla tych części siebie, które potrzebują uwagi, akceptacji. Okazuje się, że wcale nie są takie straszne, nierzadko to one się boją… Wielu z nas ma poczucie, że ta technika to prawdziwy dar. Tym bardziej że można ją też wykonywać bez fachowego wsparcia.

Jeśli zdecydujesz się na regularną pracę z demonami, przyda ci się dziennik, w którym będziesz zapisywać sprawozdania z sesji. Możesz je przeprowadzać codziennie, szczególnie w sytuacjach kryzysowych, kiedy potrzebujesz przekształcić destrukcyjne energie w sprzymierzeńców. Czasem demony przypominają matrioszki: zaczynamy od bólu barku, dochodzimy do pracoholizmu, a pod nim czai się lęk przed porażką… Zdarza się też, że podświadomość się opiera. Nie chce współpracować, tworzy przeszkody, blokuje dostęp do informacji. Co wtedy? Odwołaj się do triku, do pytań: „Jak wyglądałbyś, gdybym mogła cię zobaczyć?”, „A gdybym wiedziała?”. I jeszcze jedno. Jeśli z powodu traumy masz skłonność do oddzielania się od ciała, w ostatnim etapie pracy – zamiast je rozpuszczać – wyobraź sobie, że wytwarzasz nieograniczoną ilość nektaru.

Znakomitym przewodnikiem po technice jest książka „Nakarmić swoje demony”. Zanim ją napisała, Tsultrim Allione pracowała z demonami przez 20 lat. – Cały czas je w sobie nosiłam. I nieważne, którego zaprosiłam na ucztę – na koniec zawsze uwalniałam się od napięcia – przyznaje. Zna je świetnie: opisuje demony chorób i lęku, miłości i uzależnień, demony umysłu i rodzinne… Są wreszcie tzw. bogodemony, czyli obsesyjne pragnienia, od których uzależniamy nasze szczęście. Często największe pragnienie i największy lęk to dwie strony tej samej monety (np. pragniesz uznania, a boisz się krytyki).

Karmienie demonów to szansa na pojednanie się ze sobą. Przy okazji zyskujesz lepszy kontakt z ciałem, więcej przestrzeni. Po zakończeniu pracy w naturalny sposób wchodzisz w medytację. Ale przede wszystkim zyskujesz wgląd w przyczynę różnych sytuacji, poznajesz motywację demona. Pozwalasz mu się wyrazić. Kiedy odkrywasz, że chce po prostu zapewnić ci coś, o co sama nie zadbałaś, zaczynasz doceniać jego wysiłki. Zamiast walczyć czy uciekać, zwracasz się ze współczuciem ku tym obszarom osobowości, które działały podstępnie, ukryte w cieniu. Nadajesz im kształt, uwalniasz je, odzyskujesz zablokowaną energię.

To, co ci szkodziło, staje po twojej stronie.

Lama Tsultrim Allione nauczycielka buddyzmu tybetańskiego. Jedna z pierwszych Amerykanek, która przyjęła święcenia na mniszkę buddyjską od XVI Karmapy. Po czterech latach zdecydowała się na powrót do świeckiego życia. Wyszła za mąż, urodziła czworo dzieci. Łączy ścieżkę duchową z postawą feministyczną.

źródło: zwierciadło.pl