Zdarza się na co dzień, w wielu domach, i tych patologicznych, i tych, o których myśli się „dobre, i tych, zwykłych, przeciętnych, normalnych. Nadużycie. Już sama nazwa opowiada, czym ono jest – „użycie” i „nad”. 

Pierwszy człon mówi o charakterystyce relacji – ktoś kogoś używa, wykorzystuje. Drugi opowiada o sytuacji, gdy jest to tak intensywne czy rozległe, albo i to i to, że aż nad… To, w jaki sposób się wydarza, jest odrębną kwestią.

A bywa różnie. Pierwsze co się kojarzy, to akty fizyczne – bicie, ale nie zawsze tak jest. Być może sprawa jest łatwiejsza do uchwycenia, gdy w grę wchodzi przemoc fizyczna, jednak nadużywanie może być również czymś bardziej subtelnym, rozmytym, niejasnym, co nie znaczy, że mniej bolesnym – odrzucaniem, zawstydzaniem, graniem milczeniem, dostępnością, epatowaniem emocjonalnością, szachowaniem zależnością materialną, i wieloma, wieloma innymi. Rdzeń wciąż pozostaje ten sam, jedna strona może wiele, a druga coraz bardziej nic. Jedna strona cierpi, druga tego nie widzi, nie chce zobaczyć…

Ktoś, kto jest nadużywany przestaje być, a zaczyna czekać. Czekanie różni się od bycia tym, że kiedy się jest, ma się kontakt ze sobą, czuje się siebie, wie się, kim się jest, co się czuje, czego się chce. A gdy się czeka, to się znika, pozostaje tylko to, co może się zdarzyć. Przez głowę przelatują niekończące się wyobrażenia, ciało spina się i zastyga, coraz więcej wewnętrznego chaosu i lęku. I ten ktoś od kogo zależy, co się zdarzy… tego kogoś humor, wola, widzi mi się … Nie chodzi o problem, który w normalnych okolicznościach ma swoją przyczynę i skutek, gdzie można zastanowić się na rozwiązaniami. W tym wypadku problem to jedynie pretekst, aby być nad i użyć. Po jednej stronie jest wszystko, po drugiej nie ma nic, bezsilność. Kolejne słowo, które mówi wiele. Bez – silność. Ktoś ma całą moc, wpływ, decyzję, ktoś inny nie ma nic, jest bez niej…

Pozostaje tylko czekanie. Nie jest się ze sobą, jest się czekaniem. Wtedy wydarza się dużo złego. Słowo albo cios bolą, owszem, ale odbijają się od zbroi, przecież już dobrze wiadomo, jak ją wkładać. Odcięcie, zapadnięcie w siebie, zamrożenie, pancerz z napiętych mięśni – zadziwiająco szybko uczymy się chronić.  W oczekiwaniu zbroja nie wystarcza. Choć się próbuje, nie można jej przecież nosić stale. Kolejne chwile wypełnione wiszącym w powietrzu zagrożeniem obezwładniają bardziej i bardziej. Garda opada coraz niżej i odsłania to miękkie, co tak wrażliwe i łatwo krwawi. Wszystko staje się ogromne. Kłębowisko myśli, uczuć, napięcie, że trudno wytrzymać… Można powiedzieć, że kiedy przychodzi to, na co się oczekuje, pojawia się coś jakby ulga. Wreszcie koniec z degradującą mieszaniną nieprzewidywalności i nieuchronności! To już się dzieje, adrenalina i najeżenie, można nie czuć, zacisnąć zęby i pięści i tak przetrwać..

Mówi się, że wszyscy posiadamy mechanizm, który włącza się w sytuacji zagrożenia – walcz albo uciekaj. Tutaj to nie działa. A może działa, tylko nic nie daje. O walce nie można nawet myśleć, to zbyt przerastające, niewyobrażalne. Więc ucieczka. Ale często nie można uciec, tak po prostu, odwrócić się i pobiec, byle nie być tu, gdzie tak źle. Trzymają zależności, odpowiedzialność (czasem nie tylko za siebie), realia, bo często nie ma dokąd, za co. Pozostaje zastygnąć, zniknąć wewnętrznie. Jak mówił Tove Jansson z Doliny Muminków „wiecie przecież, jak łatwo stać się niewidzialnym, kiedy się jest bardzo przestraszonym.”

Wszystko coraz bardziej ogranicza się do lęku i bycia niewidzialnym. Strach rozlewa się, człowiek w nim znika. Powoli ten stan rzeczy zyskuje status normy, oczywistości.  Jest jak jest i co zrobisz? Coraz bardziej zaciera się świadomość, że takie coś nie powinno mieć miejsca.  To, co spotykało każdego dnia, krok po kroku przeniknęło do środka, stało się rzeczywistością wewnętrzną. Ktoś, kto przeżył podobne doświadczenia przyswaja je i z czasem traktuje w ten sposób samą czy samego siebie. Nadużywa się na różne sposoby – nie pamięta o zjedzeniu, źle się ubiera, za dużo pracuje, przyjemności odkłada na później, kiedyś, nigdy nie ma czasu dla siebie. Takiemu komuś łatwo przychodzi samo-degradowanie, mieszanie się z błotem, gdy coś nie wychodzi, a nawet jak wychodzi to też – umniejszanie własnej pozycji, roli, osoby, itp.

W gabinecie terapeutycznym często słychać – nigdy nikt na mnie ręki nie podniósł, to chyba wszystko było dobrze, prawda? Nie przywiązuje się wagi do czegoś „mniejszego”.  Ale to to samo, tak właśnie kiedyś było, tak wyglądało życie i tak jest teraz, mimo, że minęły lata. Jak mogłoby być inaczej? Doświadczenia nas kształtują, jesteśmy tym, co przeżyliśmy. Bez świadomości i pracy nad sobą nie jesteśmy w stanie wyrwać się z utartych torów. Powtarzamy to, co znamy, nie będąc świadomi nadużyciowego zabarwienia codziennych sytuacji. Często też chodzi o to, żeby ochronić wyobrażenia, fałszywą podstawę, na której wiele się już zbudowało i strach dopuścić, że było inaczej, niż kazaliśmy sobie pamiętać…

Nadużycie to słowo grube, funkcjonuje w świadomości społecznej jako coś dużego kalibru. I dobrze, bo to rzeczywiście niemałe sprawy, trudne w bieżącej chwili i z doniosłymi konsekwencjami. Warto zdawać sobie sprawę i pamiętać, że może wyglądać w bardzo różny sposób, a nie zawsze najgorsze bywa to, co się zdarza, w pewnym sensie nieraz gorsze jest oczekiwanie na to, co ma się zdarzyć, jeżeli w ogóle można takie sprawy wartościować.

Jarosław Józefowicz