Nie ma większych szans na bezstresowe, pozbawione niepokoju i zaangażowane działanie, gdy żyje się w zamordystycznym systemie. Jeśli czujesz, że bez przerwy coś „musisz”, to znaczy, że znajdujesz się w stanie niewoli, z której ucieczką wydaje się odkładanie rzeczy na później.

W takiej sytuacji przykre nie jest to, że coś jest do zrobienia. Przykre jest to, że wydaje się, jakby nie było innej drogi. Jakby nie było wyboru. Niechęć i trudne emocje wywołuje w nas nie tyle samo działanie, ile poczucie bezradności i bycia osaczonym.

Niewola, o której wspomniałem kilka zdań wyżej, jest stanem umysłu, który sami tworzymy i który sami możemy zmieniać. Gdy wysyłamy sobie komunikat „muszę”, dla umysłu to jest patowa sytuacja. Bo z jednej strony trzeba wykonać zadanie, a z drugiej – chronić się przed naciskiem. Źle jeśli to zrobię (bo będzie to oznaczało uległość) i źle, jeśli tego nie zrobię (bo będą konsekwencje za niewywiązanie się z obowiązku). I przez pewien czas taki system może jakoś funkcjonować – wykonujemy zadania z poczuciem przymusu. Nieszczęśliwi i wewnętrznie rozdarci, ale robimy.

W końcu jednak przychodzi czas wyrównać rachunki, zbuntować się przeciwko systemowi. W pewnym momencie po prostu masz dość, więc część ciebie, która od początku nie godziła się na uległość, dochodzi do głosu. To ona zaczyna decydować i w efekcie działanie zostaje odłożone w czasie. To jest to wyraźne „nie”, które od dawna chciało być wypowiedziane.

W odpowiedzi na krzywdzące warunki pracy, oparte na przymusie, straszeniu, krytyce, prędzej czy później zawsze pojawi się strajk. A właśnie takie warunki stwarza mówienie do siebie: „muszę to zrobić, bo inaczej…”.

Buntuje się ta część każdego z nas, która rozumie, że chodzi o coś więcej, niż bycie tylko sprawną maszynką do wykonywania zadań, która wiecznie coś musi lub powinna. Ta część chce się dobrze bawić, mieć wybór, poczucie sprawczości i zaznawać przyjemności. W dodatku chce tego teraz.

Czy zaczynasz już rozumieć, w jaki sposób dochodzi do tego, że musisz (wstaw dowolne: uczyć się do egzaminu, robić projekt, przygotowywać coś ważnego), ale odpalasz stronę z zabawnymi obrazkami, potem wchodzisz na YouTube i zaczynasz oglądać naukowy dokument, następnie do kogoś dzwonisz i sobie rozmawiacie, a nagle jest godzina 18, więc nie ma już sensu brać się do roboty, bo i tak za półtorej godziny trzeba wyjść na spotkanie?

Życie życiem, którego chcą od nas inni ludzie

Dziecku mówi się, co powinno, co musi. Ma to swoje uzasadnienie ewolucyjne, bardzo resztą proste: do pewnego etapu życia, człowiek nie ma wystarczających zdolności poznawczych, by faktycznie robić to, co chce. Zwyczajnie mógłby zginąć, bo nie rozumie jeszcze zasad rządzących światem. Więc oprócz tego, że pozwala mu się uczyć i popełniać błędy (w optymistycznym założeniu), to też daje mu się jasne instrukcje. To rób, tego nie rób. Większość z nas została tak wychowana. Tak został zaprogramowany nasz wewnętrzny system.

System został zaprogramowany, jednak od tamtej pory – mógł nigdy nie zostać zaktualizowany. W efekcie żyjemy trochę jak małe dzieci, które czują, że musząsłuchać mamy i taty (bo inaczej zginą lub zostanie im odebrana rodzicielska miłość). Przy czym prędzej czy później rolę „mamy i taty” przejmuje otaczający nas świat. Telewizja, kultura, inni ludzie – mówią, co się powinno, co należy, co trzeba, co musisz. Problemem nie jest to, że mówią. Problemem jest to, że nie dostrzegamy innej opcji, jak słuchać.

Niektórzy na pewnym etapie zaczynają zyskiwać samodzielność, rodzaj psychologicznej niezależności. Kształtuje się w nich świadomość, że mają wybór. Że tak naprawdę mogą prawie nic z tych wszystkich rzeczy nie robić. Bo i tak jakoś to będzie, a inni ludzie i tak będą mówić różne rzeczy.

Tu padło ważne słowo: mogą.

Mogą nie robić. Ale mogą też robić. Pojawia się wybór.

I to wybór jest przeciwieństwem przymusu i niewolniczego systemu. Mówi się często, że tym przeciwieństwem jest mówienie „chcę”. Chcę zamiast muszę. Tyle że nie zawsze będzie się chciało, i wtedy co? Trzeba by oszukać samego siebie. Znów w siebie coś wmusić. Ubrać na twarz sztuczny, korporacyjny uśmiech i z rękami w górze powiedzieć: „taaak, chce mi się popłacić te rachunki i wyczyścić kibel!”

Nie, nie chce ci się. Nie czarujmy się.

Ale możesz wybrać, że to zrobisz. Albo, że tego nie zrobisz. Ta świadomość jest uwalniająca. Nie chodzi o to, żeby zawsze było super optymistycznie, z wielką pompą i dziką motywacją. Chodzi właśnie o to, żeby czuć wolność. Wraz z tym dzieją się przyjemne rzeczy: znikają niepokój i opór, za to pojawia się szansa, że w zadanie uda się szczerze zaangażować. Czyli osiągnąć pewien stan, którego pod przymusem osiągnąć się nie da. Pod przymusem da się zadanie wykonać sprawnie, dobrze, nawet bezbłędnie – ale pełne zaangażowanie musi wypływać z wewnątrz, a nie być czymś narzuconym.

Zaangażowanie jest stanem przepływu, pełnego wejścia w to, co się robi. To stan o tyle niezwykły, że w pewnym sensie rozmywają się granice swojego „ja”. Zapominasz o głodzie, zapominasz o siku, zapominasz o tym, że można by być gdzie indziej i robić coś innego. Jesteś z tym, co właśnie robisz. Albo wręcz jesteś tym (bez „z”). Obserwatorzy mówią: „patrzcie, jak się wkręcił”. Wkręcenie się jest bardzo przyjemne, prowadzi też do większej efektywności.

Odkładnie działania na później ściśle wiąże się z językiem, w jakim mówimy do siebie. Język przymusu, język opresji, język straszenia siebie konsekwencjami – to ma służyć jako sposób zmotywowania się. Przynosi jednak skutek odwrotny do zamierzonego, sprowadzając wiele stresu i napędzając poczuwanie się do roli ofiary rzeczywistości.

Częstsze stosowanie sformułowań „wybieram” i „decyduję” pozwala odzyskać poczucie sprawczości i kontroli. Przypomina ci, że jesteś wolnym człowiekiem. Wtedy odkładanie na później również staje się jednym z wyborów. Na koniec pozostaje pytanie, czy właśnie on cię zadowala.

Wojtek Maroszek,
źródło http://changeinside.pl,
ilustracja Jan Różańsk